[eser] miscellanea
Link :: 2 sierpnia 2008
Apel Warszawy
Tu - zęby mamy wilcze, a czapki na bakier,
tu u nas się nie płacze w powstańczej Warszawie:
tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!...
- A wy tam wciąż śpiewacie, że w kurzu krwi bratniej,
że z dymem pożarów niszczeje Warszawa...
- A my tu nagą piersią na salwy armatnie,
na wasz podziw, na śpiewy i na wasze brawa.
Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie,
gdy tu - nadeszło wreszcie oczekiwane święto?...
U boku chłopców swoich walczą ich dziewczęta
i nawet dzieci walczą i krew tu dumnie płynie.
Hallo! Tu - serce Polski!... Tu woła - Warszawa...
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!...
Nam ducha starczy dla nas, i starczy go dla was.
Oklasków też nie trzeba. Żądamy - amunicji!!!
Zbigniew Jasiński "Rudy"
Warszawa, przed 24 sierpnia 1944 r.
Link :: 30 sierpnia 2008
W górę!
Olimpiada w Pekinie. Wojna w Gruzji. Prztyczki pijarowe, zwane wojenką na górze... jak dobrze było od tego odpocząć. Nie, nie uciekłem od tego zupełnie - odcięty od sieci prognoz pogody wypatrywałem w TVP Info - na olimpiadę sarkałem, bawił mnie orgazmiczny ton naszych komentatorów, widziałem ożywienie naszego prezydenta i niezdecydowanie premiera przy okazji konfliktu gruzińskiego, ale przecież to wszystko wreszcie było daleko, takie jakieś małe, nieważne. Liczyło się to, czy będzie lało. Nie lało.
Zdjęcie w nagłówku przedstawia mnie. Dzień wcześniej wybraliśmy się z Murowańca na przełęcz Krzyżne. Drogę z Murowańca bardzo lubię: kamienista, wiodąca otwartym zboczem Żółtej Turni stopniowo wchodzi w skalistą, porywającą surowością Dolinę Pańszczycy. Potem idzie się coraz wyżej wśród rumowisk. I wyżej, wyżej, wyżej. Po drodze mijamy tych, którzy schodzili z Orlej Perci. Jest osiemnasta - widok z przełęczy oszałamiający. Do Doliny Pięciu Stawów czeka nas półtorej godziny (według drogowskazu). Schodzimy trzy - najpierw stromą ścieżką, zygzakiem ostro w dół, tuż obok żlebu. Po drodze spotykamy kozicę - pasie się spokojnie, w końcu uskakuje (inni turyści mówili, że w okolicach Orlej Perci było ich wiele). Następnie niekończący się trawers i coraz odleglejsza perspektywa dotarcia do ceprostrady o ludzkiej porze.
W końcu docieramy do schroniska. Zostajemy - podłoga kosztuje 21 zł, grube, stare koce PTTK wliczone w cenę. Śpimy na dwóch złączonych stołach. Twardo, gorąco. Ubranie lepi się do ciała. Nie mamy ręczników, mydła, udaje się kupić jedynie szczoteczkę do zębów.
Nadchodzi poranek. Ruch co najmniej od szóstej. Wstaję. Poranek jest cudny. Miedziane w porannym, świeżym słońcu prezentuje się cudnie. Pokonana minionego wieczoru trasa też - już są na niej pierwsi turyści. O ósmej śniadanie - oczywiście jajecznica i herbata z cytryną. I w dół, w dół, w dół. Do prysznica!
Apel Warszawy
Tu - zęby mamy wilcze, a czapki na bakier,
tu u nas się nie płacze w powstańczej Warszawie:
tu się Prusakom siada na karkach okrakiem,
tu wrogów gołą garścią za gardło się dławi!...
- A wy tam wciąż śpiewacie, że w kurzu krwi bratniej,
że z dymem pożarów niszczeje Warszawa...
- A my tu nagą piersią na salwy armatnie,
na wasz podziw, na śpiewy i na wasze brawa.
Czemu żałobny chorał śpiewacie wciąż w Londynie,
gdy tu - nadeszło wreszcie oczekiwane święto?...
U boku chłopców swoich walczą ich dziewczęta
i nawet dzieci walczą i krew tu dumnie płynie.
Hallo! Tu - serce Polski!... Tu woła - Warszawa...
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!...
Nam ducha starczy dla nas, i starczy go dla was.
Oklasków też nie trzeba. Żądamy - amunicji!!!
Zbigniew Jasiński "Rudy"
Warszawa, przed 24 sierpnia 1944 r.
Link :: 30 sierpnia 2008
W górę!
Olimpiada w Pekinie. Wojna w Gruzji. Prztyczki pijarowe, zwane wojenką na górze... jak dobrze było od tego odpocząć. Nie, nie uciekłem od tego zupełnie - odcięty od sieci prognoz pogody wypatrywałem w TVP Info - na olimpiadę sarkałem, bawił mnie orgazmiczny ton naszych komentatorów, widziałem ożywienie naszego prezydenta i niezdecydowanie premiera przy okazji konfliktu gruzińskiego, ale przecież to wszystko wreszcie było daleko, takie jakieś małe, nieważne. Liczyło się to, czy będzie lało. Nie lało.
Zdjęcie w nagłówku przedstawia mnie. Dzień wcześniej wybraliśmy się z Murowańca na przełęcz Krzyżne. Drogę z Murowańca bardzo lubię: kamienista, wiodąca otwartym zboczem Żółtej Turni stopniowo wchodzi w skalistą, porywającą surowością Dolinę Pańszczycy. Potem idzie się coraz wyżej wśród rumowisk. I wyżej, wyżej, wyżej. Po drodze mijamy tych, którzy schodzili z Orlej Perci. Jest osiemnasta - widok z przełęczy oszałamiający. Do Doliny Pięciu Stawów czeka nas półtorej godziny (według drogowskazu). Schodzimy trzy - najpierw stromą ścieżką, zygzakiem ostro w dół, tuż obok żlebu. Po drodze spotykamy kozicę - pasie się spokojnie, w końcu uskakuje (inni turyści mówili, że w okolicach Orlej Perci było ich wiele). Następnie niekończący się trawers i coraz odleglejsza perspektywa dotarcia do ceprostrady o ludzkiej porze.
W końcu docieramy do schroniska. Zostajemy - podłoga kosztuje 21 zł, grube, stare koce PTTK wliczone w cenę. Śpimy na dwóch złączonych stołach. Twardo, gorąco. Ubranie lepi się do ciała. Nie mamy ręczników, mydła, udaje się kupić jedynie szczoteczkę do zębów.
Nadchodzi poranek. Ruch co najmniej od szóstej. Wstaję. Poranek jest cudny. Miedziane w porannym, świeżym słońcu prezentuje się cudnie. Pokonana minionego wieczoru trasa też - już są na niej pierwsi turyści. O ósmej śniadanie - oczywiście jajecznica i herbata z cytryną. I w dół, w dół, w dół. Do prysznica!